O autorze
„Rinke za kratami” to książka oraz serial dokumentalny, w których Rinke Rooyens odkrywa życie codzienne w Zakładzie Karnym w Krzywańcu, niedaleko Zielonej Góry. Producent i reżyser największych telewizyjnych hitów rozrywkowych („Taniec z gwiazdami”, „Voice of Poland”, „Świat się kręci”, „Jak oni śpiewają”, „Kocham Cię, Polsko!”, „Top Model”) przez miesiąc śledził z kamerą pracę funkcjonariuszy oraz towarzyszył osadzonym, którzy podzielili się z nim swoimi historiami, rozterkami, emocjami. To debiut Rinke Rooyensa w projekcie o tematyce społecznej, a także pierwszy program, w którym wcielił się w rolę prowadzącego. Premiera książki oraz serialu dokumentalnego odbędzie się już 9 września.

Pod celą

Rinke Rooyens i Adam Ł. w celi Mat. promocyjne Rochstar
Sylwetka Ewy Moczulskiej, jednej z bohaterek książki „Rinke za kratami” i programu telewizyjnego pod tym samym tytułem.

Na podstawie tekstu Zofii Fabjanowskiej-Micyk, „Zwierciadło” 11/2015



Krzywaniec, 30 km od Zielonej Góry. W pobliskich lasach w czasie wojny działała należąca do Niemców ogromna fabryka amunicji, zatrudniająca więźniów tutejszej filii obozu koncentracyjnego Gross-Rosen. Po wojnie, w latach 60., część działek leśnych przekazano pod budowę Zakładu Karnego. Pierwotnie miało tu być jedynie więzienie dla kobiet, ale oddziałów przybywało i dzisiaj Krzywaniec jest jednym z największych tego typu obiektów w Polsce. Karę odbywa tu ponad 800 osadzonych. Każdy ze swoim bagażem emocji, traum, problemów.
Więźniowie cierpią na stany lękowe, depresje, ogromny odsetek boryka się z napadami autoagresji, a przede wszystkim z uzależnieniami od alkoholu i narkotyków. To najbardziej palący problem w zakładach karnych, stąd potrzeba stworzenia w Krzywańcu specjalnego oddziału terapeutycznego dla uzależnionych. Od początku prowadzi go Ewa Moczulska. Kieruje zespołem ludzi, ale te mury pamiętają też czasy, kiedy w całym zakładzie karnym zatrudniony był tylko jeden więzienny psycholog. Ona też dobrze je pamięta.

Bywa tragicznie, śmiesznie, strasznie, wzruszająco. Młody ojciec pyta: „Jak powiedzieć córeczce, że jestem w więzieniu?”. Na pewno nie usłyszy gotowej odpowiedzi. Zamiast tego Ewa Moczulska zadaje pytania, które same go ukierunkują.

Niektórych z połamanych życiorysów jej podopiecznych nie wymyśliłby nawet wprawny scenarzysta. Sporo pracy dla więziennej psycholożki. Bywa, że do gabinetu wchodzi pacjent, który – co wiadomo z jego papierów – ma na koncie wyjątkowo drastyczne morderstwo albo przemoc seksualną w stosunku do dzieci. Ważne, żeby pamiętać, że jakąkolwiek zbrodnię by popełnił, w tej chwili ten człowiek jest twoim podopiecznym i oczekuje od ciebie pomocy.

***
Ewa Moczulska
Staż pracy: 14 lat. Specjalizacja: psychologia kliniczna człowieka dorosłego.
Stopień: major.

Jako funkcjonariuszka służby więziennej Ewa ma za sobą szkołę oficerską. Mundury, kilka na różne okazje, wiszą większą część roku w służbowej szafie. Zakłada je głównie na uroczystości, sympozja i delegacje, kiedy w Krzywańcu ogłaszane są alarmy. Musi wiedzieć, kiedy ubrać się w białą, a kiedy błękitną koszulę, kiedy do żakietu z pagonami założyć spódnicę, a kiedy spodnie.

Niektórym wydaje się, że terapeuta i funkcjonariusz służb mundurowych to role nie do pogodzenia, a dla niej hierarchia, stopnie, rozkazy to nic niezwykłego. Wychowała się w Krośnie Odrzańskim na osiedlu wojskowym, jej ojciec pracował w Straży Granicznej. Jako świeżo upieczona studentka psychologii planowała, że wróci po studiach do Krosna i znajdzie posadę właśnie w koszarach. Tylko że po drodze krośnieńską jednostkę zamknięto, a Ewa musiała zmodyfikować swoje zawodowe plany. Widziała się w różnych miejscach. Ale w zakładzie karnym?

Pamięta, jak na zajęciach z psychopatologii wykładowca przestrzegał studentów: „Jednego, czego wam nie życzę, to praca ze skazanymi. A już szczególnie z więźniarkami. Najcięższy kawałek chleba, jaki sobie można wyobrazić”. Chyba nie zdołał Ewy przestraszyć, bo na praktyki wybierała domy poprawcze, oddział diagnostyczny przy areszcie śledczym. Była zwyczajnie ciekawa, jak wygląda świat, z którym na co dzień nie mamy styczności. Absolutnie nie miała poczucia misji, ani razu nie pomyślała, że to miejsce dla niej. No dobrze, ale jak w takim razie trafiła do Krzywańca? Śmieje się, że na piechotę. Była tuż po studiach, od koleżanki dowiedziała się, że w zakładzie karnym szukają psychologa. Wtedy jeszcze nie miała auta. Z Krosna jechało się dwoma pekaesami, w sumie prawie dwie godziny drogi, w dodatku pomyliła przystanki, wysiadła za wcześnie i ostatni odcinek musiała iść przez las.

Zobaczyła mur wykończony drutem kolczastym, ciężką, więzienną bramę z charakterystycznym okienkiem. Nie wie już, czego się spodziewała, może wyobrażała sobie, że będzie tak jak na amerykańskich filmach: wiecznie wkurzone strażniczki, chodzące nerwowo w tę i z powrotem. Nic z tych rzeczy. Jakkolwiek by to zabrzmiało, spodobała jej się atmosfera tego miejsca.

(…)

Ewa na pytanie, czy wierzy w resocjalizację, odpowiada, że przede wszystkim wierzy we współpracę. Dla każdego skazanego najdłuższa, najbardziej niebezpieczna droga to te pięć pierwszych kilometrów za bramą więzienia, na wolności. Do tej chwili to terapeuci, wychowawcy i strażnicy byli odpowiedzialni za jego życie i zdrowie, teraz on przejmuje kontrolę nad własnym losem. Nie jest pozostawiony sam sobie, krzywaniecki oddział terapeutyczny współpracuje z wieloma ośrodkami pomocy, wystarczy tylko chcieć sobie pomóc. A jednak statystyki są zatrważające – w całej Polsce około 40 procent skazanych po odbyciu kary prędzej czy później trafia znowu za kraty. Porażka resocjalizacji? Z drugiej strony więziennych murów wygląda to trochę inaczej. Nikt nie odnotuje w statystykach historii kobiety, która trafia do Krzywańca w strasznym stanie, po latach picia, a po jakimś czasie, może jak nigdy wcześniej, codziennie się czesze i myje zęby. Ani ofiary przemocy, która wreszcie występuje o rozwód. Ktoś z oddziału otwartego podczas przepustek robi kurs na prawo jazdy, ktoś inny kończy technikum.

Ewa uważa, że siłę do pracy daje jej każdy taki pozytywny impuls.

Cały wywiad można przeczytać w magazynie „Zwierciadło” 11/2015
Trwa ładowanie komentarzy...